Archiwum autora: Marcelina Szumer-Brysz

Meczet Hagia Sofia?

Pod koniec maja Turcy świętowali 567 rocznicę zdobycia Stambułu przez Mehmeda IV, który po zdobyciu miasta przerobił kościół Mądrości Bożej na meczet. Prezydent Recep Tayyip Erdogan chce się zasłużyć co najmniej tak jak sułtan. Właśnie zobowiązał rząd do rozpoczęcia prac nad przywróceniem najczęściej odwiedzanemu tureckiemu muzeum statusu islamskiej świątyni

Miało być inaczej. Place i ulice Stambułu miały wypełnić tłumy mieszkańców miasta i turystów. Pierwsi jednak musieli zostać w domach, drudzy – nie mogli przylecieć do Turcji. Mimo to epidemia korona wirusa nie pokrzyżowała wszystkich planów. Huczne obchody rocznicy podboju bizantyjskiej stolicy przez Osmanów transmitowały stacje telewizyjne, całość można też było śledzić w mediach społecznościowych. O ile najbardziej spektakularne były kończące imprezę fajerwerki nad Bosforem, najbardziej znamienne było coś innego. Bo przecież to nie przypadek, że makieta murów obronnych miasta, na której wyświetlony został multimedialny pokaz o historii podboju, stanęła tuż przez Hagia Sofią. Nieprzypadkowo też, sury Koranu odczytano właśnie w muzeum, a nie w sąsiadującym z nią, nie mniej przecież imponującym Błękitnym Meczecie.

Prezydent Erdogan od wielu już lat korzysta z każdej okazji, by zaznaczyć, że Hagia Sofia może i jest dziedzictwem całej ludzkości, ale tak naprawdę należy do „wielkiego narodu Tureckiego”. I że jej desakralizacja, której w 1925 roku dokonał Mustafa Kemal Ataturk, była koszmarną pomyłką, którą trzeba naprawić. O ile wcześniej tylko o tym mówił, o tyle teraz powoli zabiera się do roboty. – Rozpocznijcie prace-powiedział, jak donosi dziennik Hurryet, przedstawicielom rządu na spotkaniu swojej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Dodał, że Hagia Sofia mogłaby dalej być odwiedzana przez turystów na takiej samej zasadzie, jak Błękitny Meczet, zalecił jednak rozwagę, bo temat jest wrażliwy i jest przedmiotem zainteresowania wielu stron.

Jedną z nich, nie od dziś, jest Grecja. Ateny zdecydowanie zaprotestowały po tym, jak w świątyni odbyła się modlitwa, ale Erdogan miał już przygotowany kontrargument.

– Nie może pouczać nas jedyny kraj w Europie, w którego stolicy nie ma ani jednego meczetu. To Grecja, nie Turcja daje światu przykład braku tolerancji – powiedział rzecznik ministerstwa straw zagranicznych Hami Aksoy. Dodał, że historia Stambułu to historia wielu kultur, nie tylko Bizancjum.

Wielu Turków cieszy perspektywa zmiany statusu świątyni. Jednych – ze względów religijnych, innych – bo uważają, że Turcja powinna wykorzystać szansę, by zagrać Zachodowi na nosie. Ale nawet wśród parlamentarzystów są tacy, którzy uważają, że są i tacy, którzy sądzą, że to temat zastępczy. Meral Aksener, liderka opozycyjnej İYİ Partsi uważa, że rząd chce odwrócić uwagę Turków od rosnącego bezrobocia, galopującej inflacji (ponad 11%), wzrostu cen i spadków Erdogana w sondażach.

– Od 18 lat, gdy macie problem, wyciągacie temat Hagia Sofii. Czas już z tym skończyć i zająć się rozwiązywaniem prawdziwych problemów tego kraju – mówiła, donosi Hurryet, na środowym (10 czerwca) posiedzeniu parlamentu.

Ta część Turków, która zgadza się z Aksener śmieje się dziś z wypowiedzi jej dawnego partyjnego kolegi Devleta Bahcelego z nacjonalistycznej partii MHP która weszła w koalicję z Erdoganem (prezydent Turcji jest jednocześnie szefem partii rządzącej). Bahcelemu wyrwało się, że jeśli Allah pozwoli „w miejsce dźwięków dzwonów, z minaretów Hagia Sofii znów usłyszymy wołanie na modlitwę”. „Dźwięki dzwonów? O co mu chodzi? Słyszeliście je kiedyś z Hagia Sofii” – pytają w komentarzach i – jak to Turcy – tworzą memy i żarty.

Niektórzy udostępniają też wpis pełniącego posługę w Turcji katolickiego księdza Antuana Ilgita:

„Moim największym zmartwieniem jako księdza nie jest Hagia Sofia, lecz potrzebujący modlitwy i pomocy ojcowie, którzy nie mogą przynieść do domu chleba, matki, które nie mogą nakarmić dzieci mięsem, bezrobotna młodzież, wykorzystywani w pracy i język nienawiści. Jak możemy rozwiązać te problemy?”

Protest song z minaretów

Kilka dni temu zdarzyła się w tureckim Izmirze rzecz bez precedensu. Z głośników kilku meczetów, zamiast zwyczajowego nawoływania muezina na modlitwę, popłynęły dźwięki piosenki mówiącej o partyzantach walczących ze zniewoloną ojczyzną

Bella ciao (po turecku Çav Bella) szalenie popularna w Turcji włoska partyzancka pieśń o zniewolonej przez faszystów ojczyźnie była swego czasu wykonywana przez słynną grupę zaangażowanych politycznie muzyków Grup Yorum.

Już samo to można uznać za skandal (i partie od prawa do lewa, nawet te laickie tak właśnie uznały), ale warto dodać jeszcze kilka faktów.

Po pierwsze, stało się to w Ramadan, święty miesiąc postu, wyrzeczeń, ograniczeń i bliższego niż zwykle kontaktu z Bogiem. Stało się to w dniu zwanym Al Fitr, przypadającym zazwyczaj na 27 noc trwającego przez miesiąc postu, święto o którym można powiedzieć, że jest muzułmańskim zesłaniem Ducha Świętego. Tego dnia, wedle wierzeń, na Ziemię zstępują przysłane przez Allaha duchy i anioły, by walczyć ze złem, dlatego Al Fitr nazywa się też Nocą Siły.


Dodajmy do tego fakt, że rzecz wydarzyła się w Izmirze. To szczególne miasto, od stuleci, przez różnych władców nazywane miastem giaurów-niewiernych. Ostatnio określenia-nie wprost, ale z wyraźnym nawiązaniem – użył w 2019 roku sam prezydent Erdogan, twierdząc że taki stan rzeczy ulegnie zmianie po wyborach samorządowych. Pomylił się, w wyborach jak zwykle wygrała laicka partia CHP, założona przed stuleciem przez samego „ojca narodu” – świeckiego narodu-Mustafę Kemala Atatürka.


Kwestia miasta niewiernych podnoszona jest w ostatnich latach w kontekście faktu, że mieszkańcy Izmiru piją, palą, żyją jak chcą i dają żyć innym. To tu-prócz Stambułu, choć tam z powodu szybko rosnącej populacji mieszkańców — przypada najmniej meczetów na 1000 mieszkańców, tu jest największy w całej Turcji odsetek rozwodów, tu w końcu od wieków razem mieszkali ludzie różnych wyznań (do dziś zachowało się 7 kościołów katolickich, w większości regularnie odbywają się msze święte) i kilka remontowanych właśnie synagog. Jeśli gdzieś mogła się wydarzyć taka prowokacja, to tylko tu.


Rządząca w mieście CHP, licząc się z tym, że rząd i Erdogan na nią będzie próbował zrzucić winę za incydent, uprzedzając oskarżenia, zaapelowała do DIYANETU – rządowej rady ds. religii-o jak najszybsze wyjaśnienie sprawy i ukaranie sprawców.

PS. Rzecz technicznie była możliwa, ponieważ w większości meczetów już od dawna nawoływanie do modlitwy odbywa się nie na żywo, ale z automatycznego systemu. To najprawdopodobniej do niego włamali się sprawcy.

Żyj nam, Paszo, żyj!

Turcy kochają świętować. Ledwie obchodziliśmy Dzień Dziecka i Niepodległości (23 kwietnia), ustanowiony przez Ataturka w rocznicę utworzenia w Turcji parlamentu, a już był 1 maja – Święto Robotników i Pracowników – bo tak nad Bosforem nazywa się Święto Pracy. Z balkonów (zakaz zgromadzeń, godzina policyjna i weekendowe przymusowe siedzenie w domu w związku z koronawirusem wciąż obowiązuje) śpiewano pieśń rewolucyjną o tym, że idą zmiany, robotnicza jednoczy się przeciw kapitalizmowi. Powiewały flagi z sierpem i młotem, z którymi Turcy – do których komunizm nie dotarł – nie mają złych skojarzeń.

Po 1 maja nastąpił 10, czyli turecki Dzień Matki, podczas którego wszystkie kobiety będące matkami dostają życzenia nie tylko od najbliższych, ale też od polityków, znajomych itp. W tym roku urząd podizmirskiej miejscowości Aliaga wysłał nawet matkom kwiaty.

Jako że tydzień bez święta, to tydzień stracony Turcy szykują się już na kolejne obchody. 19 maja znów mamy święto związane z najmłodszymi mieszkańcami Turcji. To obchodzone w rocznicę urodzin Ataturka Święto Młodzieży i Sportu. Zwykle tego dnia place i boiska wypełnione są po brzegi widownią, dzieciaki tańczą, skaczą, recytują, wszystko oczywiście pod pomnikami wodzą i olbrzymimi flagami Turcji. W górę leci konfetti, pracowicie potem zamiatane przez służby miejskie, oficjele przemawiają. Tylko dzieci żal, zwłaszcza tych w kostiumach gimnastycznych, bo na ogół w kraju jest już bardzo ciepło, a one muszą stać w tym słońcu.

Ale za to jaka duma!

Ze świętem wiąże się ciekawa historia. Nie ma pewności co do dokładnej daty urodzin pierwszego prezydenta Turcji. Matka twierdziła, że wydała go na świat zimą, on sam, że było to w maju. Ponieważ Atataturk 19 maja rozpoczął w Samsunie zbrojną walkę niepodległość Turcji, tę właśnie datę wódz podawał w oficjalnych dokumentach.

Jeśli z jakichś przyczyn zechcą Państwo jutro świętować urodziny założyciela Republiki Turcji, proszę zanucić: Yasa Mustafa Kemal Pasa, yasa! Żyj nam Mustafo Kemalu Paszo, Żyj! 

Walka z wirusem i walka o głosy

Turcja dość długo opierała się epidemii, gdy choroba zbierała już śmiertelne żniwo w Iranie, na granicy z tym krajem przeprowadzano kontrole temperatury. Niedługo potem na kilku lotniskach stanęły ekrany i kamery wyłapujące podróżnych podwyższoną temperaturą. W kraju nie było jeszcze żadnego zdiagnozowanego przypadku, gdy na stacjach metra, dworcach i przystaniach promowych były już dozowniki z płynem do dezynfekcji rąk.

W końcu jednak choroba dotarła i tutaj, a przyczynili się ponoć do tego pielgrzymi, którzy w marcu tłumnie udali się na hadżdż – pielgrzymkę do Mekki, której odbycie stanowi jeden z pięciu filarów islamu (ciekawostka: ruszyć na nią powinno się dopiero wtedy, gdy pomoże się już wszystkim, o których wie się, że potrzebują pomocy) i stamtąd przywieźli wirusa.

Na początku, kiedy jeszcze wszystkim chciało się tworzyć memy i żartować, trafiłam w sieci na pewnien obrazek. Mały chłopiec wskazuje palcem mężczyznę i pyta:

 – Mamusiu, kim jest ten pan?

– To twój tata. Zamknęli cayhane, więc wrócił do domu.

Cayhane to herbaciarnia, na pewno Ci z Państwa, którzy byli w Turcji, widzieli niejedno takie miejsce. Mężczyźni, głównie starsi, potrafią tam przesiadywać godzinami, grając w tavlę, szachy albo karty. Po wybuchu epidemii cayhane zamknięto, a z meczetów popłynęły nawoływania imamów, by Turcy zostali w domach. Jako że to ich nie przekonało, rząd wprowadził zakaz opuszczania domów przez osoby powyżej 65 roku życia, a chwilę później również dla dzieci i młodzieży do 20 roku życia, która ochoczo korzystała z faktu, że nie ma zajęć w szkołach i szwendała się po opustoszałych miastach.

Obostrzeń było i jest znacznie więcej: zakazy podróżowania po kraju, weekendowe „zamknięcia”, które – przynajmniej za pierwszym – razem przyniosły więcej szkody niż pożytku, bo ogłoszone za późno sprawiły, że ludzie w panice ruszyli o 22.00 do sklepów, by przed północą zrobić zakupy na cały weekend, zakaz sprzedaży maseczek (żeby spekulanci nie próbowali manipulować ich cenami). Zamknięte zostały supermarkety salony usługowe, w tym fryzjerskie, co dla wielu Turków, szczególnie mężczyzn, którzy zwykli tam chadzać nawet kilka razy w tygodniu by ich ogolono, było prawdziwą tragedią. Kilku moich znajomych, biorąc udział w facebookowych wyzwaniach typu „Czego nauczyła cię epidemia” z dumą napisało, że nauczyli się samodzielnie golić i układać włosy (kilku dodało, że nauczyli się zmywać naczynia i w ogóle wykonywać rozmaite prace domowe, których wcześniej w ogóle nie tykali). Ale Turcja zaoferowała obywatelom nie tylko zakazy. Nikt tam nie oszczędza na testach, szpitale – nawet te prywatne – leczą dziś za darmo, państwo dostarcza maseczki (darmowe), płaci 60 proc. pensji pracowników pracodawców, którzy zdecydowali się utrzymać zatrudnienie, zaoferowało też półroczną pensję minimalną w sektorach takich jak turystyka, które w wyniku epidemii ucierpiały najbardziej.

Wszystko byłoby naprawdę dobrze, gdyby nie jedna sprawa, która zawsze – bez względu na kraj – okazuje się ważniejsza niż pomoc ludziom: walka o głosy. Jak walczyć o głosy w czasie pandemii? Spieszę z wyjaśnieniem.

W walkę z wirusem i jego konsekwencjami bardzo aktywnie zaangażowały się w Turcji samorządy. W Izmirze zorganizowano paczki żywnościowe dla potrzebujących (starszych, ubogich, tych którzy stracili pracę), darmowe miejskie maseczkomaty), gdzie indziej darmowy chleb lub szpitale polowe. Samorząd w końcu wie najlepiej, gdzie jaka pomoc jest potrzebna.

Rządowi nie spodobały się peany dziękczynne na cześć opozycyjnych burmistrzów, jakie zaczęły pojawiać się w gazetach i mediach społecznościowych. Zaś fakt, że w sondażu badającym kto najlepiej radzi sobie z epidemią, Recep Tayyip Erdogan zajął miejsce piąte, wyprzedzony m.in.: przez ministra zdrowia, turecką Radę Naukową (biedacy!) oraz dwóch opozycyjnych burmistrzów: Ankary i Stambułu, nie mógł pozostać bez odpowiedzi. A ta była prosta: zakazać samorządom pomagania lub maksymalnie to pomaganie utrudnić.

I tak w Mersin zakazano dystrybucji darmowego chleba, a Adanie rozpoczęto kontrolę szpitala polowego, a w Izmicie rozpoczęto dochodzenie w sprawie lekarza, który na swoje nieszczęście podziękował władzom samorządowym za dostarczenie sprzętu do walki z wirusem. W Ankarze trwa gra w kotka i myszkę, bo samorząd widząc co dzieje się w innych miastach, rozpoczął kampanię, której formalnie nie da się zakazać. Jako że w Turcji wciąż popularne jest kupowanie „na kreskę”, władze dzielnicy Cankaya zaapelowały do zamożniejszych mieszkańców, aby robiąc swoje zakupy, uregulowali rachunki tych, którzy nie mogli ich sami zapłacić. Na filmikach udostępnianych w sieci widać ludzi, którzy płaczą z wdzięczność dla urzędników, którzy na to wpadli i swoich dobroczyńców…

Kilku tureckich publicystów pokusiło się o analizę tej rządowo-samorządowej rozgrywki. Yasar Akis z dziennika „Ahval” uważa, że AKP i Erdogan strzelają sobie właśnie w stopę, bo trudno oczekiwać, że wyborcy, którym się nie przelewa, lub którzy właśnie stracili pracę, będą zachwyceni faktem, że nie dostaną wsparcia. Nie każdą pomoc da się scentralizować, a małostkowość rządzących może się na nich zemścić przy urnach wyborczych.

Coś w tym może jest, bo w innym kwietniowym sondażu ponad 50 proc. badanych negatywnie oceniło działania prezydenta Erdogana. Tyle, że najbliższe wybory dopiero za 3 lata, w 100 rocznicę utworzenia Republiki Turcji. Wątpliwe, by Erdogan był uprzejmy oddać władzę w taki podniosłych okolicznościach.

Chrześcijaństwo znika z Cypru

Spośród ponad 550 kościołów na Cyprze Północnym większość niszczeje. Padły ofiarą wandali i celowej polityki rugowania kultury chrześcijańskiej z „tureckiej” części wyspy.

Chrześcijaństwo dotarło na Cypr wraz z pierwszymi apostołami. Marek Ewangelista zakładał na wyspie wspólnoty wiernych i dbał o rozwój tych istniejących. W Dziejach Apostolskich czytamy zaś o działalności na Cyprze świętych Barnaby i Pawła:

„A oni wysłani przez Ducha Świętego zeszli do Seleucji, a stamtąd odpłynęli na Cypr. Gdy przybyli do Salaminy, głosili słowo Boże w synagogach żydowskich; mieli też Jana do pomocy. Gdy przeszli przez całą wyspę aż do Pafos, spotkali pewnego maga, fałszywego proroka żydowskiego, imieniem Bar-Jezus, który należał do otoczenia prokonsula Sergiusza Pawła, człowieka roztropnego. Ten, wezwawszy Barnabę i Szawła, chciał słuchać słowa Bożego”.

Dz. 13, 2-7

Tymczasem, jak donosi Uzay Bulut na łamach Gatestone Institute, Turcja robi dziś wszystko, by zatrzeć ślady istnienia kultury chrześcijańskiej na Cyprze Północnym. Dziennikarz przywołuje liczby i konkretne dane. Według Cypryjskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych ponad 550 greckich kościołów, kaplic i klasztorów prawosławnych na terenach zajętych przez Turcję zostało splądrowanych i zniszczonych. Te, którym udało się przetrwać, w najlepszym razie zamieniono na meczety. Inne przekształcono wojskowe składy albo magazyny, a nawet stodoły.

Jak głosi opublikowany w 2016 roku raport „The Loss of a Civilization Destruction of Cultural Heritage in Occupied Cyprus” Turcja “poświęciła się skutecznemu niszczeniu dziedzictwa kulturowego obszarów znajdujących się pod jej kontrolą wojskową”. Od początku tureckiej obecności na Cyprze, czyli od operacji militarnej, która nastąpiła w 1974 roku, skarby kultury chrześcijańskiej mają być systematycznie niszczone, rozkradane i przemycane za granicę.

Unikalne bizantyńskie mozaiki z VI wieku, które swego czasu zniknęły z kościoła na Cyprze Północnym odnalazły się na przykład w prywatnym apartamencie w Monako. Wykopaliska i prace konserwatorskie prowadzone na Cyprze przed inwazją zostały przerwane a ich wyniki zaprzepaszczone. Jak czytamy w raporcie, niszczenie dotyczy zarówno zabytków prawosławia „cypryjskiego”, jak i tych należących do prawosławnego patriarchatu Jerozolimy, armeńskich, maronickich i katolickich.

Uzay Bulut zauważa, że dla UNESCO niszczenie dziedzictwa kulturowego to zbrodnia wojenna (Trybunał Haski sądził za nią na przykład Ahmada al Faqi al Mahdiego, terrorysty z Al Kaidy na rozkaz, którego zniszczone zostały starożytne grobowce w Timbuktu). Tymczasem – zdaniem dziennikarza – nic nie wskazuje na to, by Turcja miała być w jakikolwiek sposób pociągnięta do odpowiedzialności za swoje działania na Cyprze Północnym.

Bulut pomija jeszcze jeden ważny aspekt niszczenia kulturowego dziedzictwa na wyspie. Decyzją północnocypryjskiego rządu chrześcijańskie obrzędy religijne odbywać się mogą…raz w roku. Władze argumentują to m.in.: względami bezpieczeństwa, ale chrześcijanie z Południa, którzy przekraczają granicę by uczestniczyć w obrzędach religijnych nie dają temu wiary nazywając decyzję szowinistyczną i zarzucając rządowi brak tolerancji.
Władze Cypru Północnego niezbyt się tym jednak przejęły.

Link do raportu:

http://www.mfa.gov.cy/mfa/mfa2016.nsf/mfa16_en/mfa16_en?OpenDocument&print

Pastor leci do domu

Po dwóch latach spędzonych w tureckim więzieniu amerykański pastor Andrew Brunson, skazany na 3 zamiast 35 grożących mu wcześniej lat, wyszedł na wolność. Najprawdopodobniej siedzi właśnie w samolocie do USA.

Być może to koniec dyplomatycznego kryzysu w stosunkach USA-Turcja. To przecież „w odwecie” za przetrzymywanie pastora prezydent Donald Trump nałożył cła na turecką stal i aluminium, wydatnie przyczyniając się do największego w historii spadku wartości tureckiej waluty i kryzysu ekonomicznego, jakiego jeszcze nad Bosforem nie widziano.

Choć Erdogan i turecki rząd zaklinali się, że nikt nie będzie ich szantażował, a sąd wyda wyrok w oparciu o dowody, a nie naciski, faktem jest, że podczas piątkowej rozprawy, prokuratura znacznie złagodziła swoje stanowisko. Kluczowi świadkowie oskarżenia zaczęli też bądź to wycofywać, bądź zmieniać zeznania. Na przykład mężczyzna, który twierdził wcześniej, że Syryjczyk ze zboru pastora przygotowywał zamachy terrorystyczne, powiedział w piątek, że ponieważ jest nacjonalistą, każdego Syryjczyka uważa za terrorystę. Inni świadkowie mieli twierdzić, że nigdy nie widzieli w kościele Brunsona ludzi związanych z ruchem Fethullaha Gulena i że – o ile wiedzą – były to jedynie pogłoski.

Jak przypomina dziennik „Hurriyet”, to na podstawie tych pogłosek turecka prokuratura postawiła Brunsonowi zarzuty szpiegostwa i wspierania terroryzmu. Pastora aresztowano w 2016 roku, przez kilka dni pozostawał bez obrońcy i kontakty z bliskimi. Groziło mu 35 lat za kratami. Niedawno wypuszczono go z więzienia, wciąż przebywał jednak w areszcie domowym.

Po piątkowej rozprawie uznać można, że wilk jest syty i owca cała. Pastora skazano co prawda na 3 lata i jeden miesiąc pozbawienia wolności, ale sąd zwolnił go z aresztu. Nie wydając jednocześnie zakazu podróżowania, umożliwił pastorowi natychmiastowe opuszczenie Turcji.
Cytowany przez turecką prasę prawnik pastora Jay Sekulow podziękował prezydentowi Trumpowi i Kongresowi USA za wywarcie na Turcję presji, która doprowadziła do uwolnienia Brunsona. – Fakt, że pastor jest teraz w samolocie do USA to wielkie zwycięstwo – mówił prawnik.

Turecka gospodarka nie odczuła jeszcze pozytywnych skutków uwolnienia pastora, być może jest to jednak kwestia najbliższych dni. Prezydent Erdogan nie skomentował na razie decyzji tureckiego sądu.

Zagubione człowieczeństwo

„Poetę karmi rozpacz. Ja mam pod dostatkiem” – mówi Hael Helmi Srour, syryjski uchodźca, który od pięciu lat mieszka w Izmirze. Tom jego wierszy „Miłość w czasach wojny” miał premierę podczas niedawnych Targów Książki. Srour przeszedł dwie drogi. Pierwsza wiodła z Syrii do Turcji, druga – z tartaku na księgarniane półki

Z Haelem umawiam się w jednym z izmirskich Satrbucksów. On wolałby gdzie indziej, ale jego córka Mavia, która będzie tłumaczyć naszą rozmowę z arabskiego na angielski i turecki, upiera się właśnie na tę kawiarnię. Czekam przed wejściem. Mavia pojawia się pół godziny po czasie, jej ojca jeszcze nie ma. – Ma teraz dużo zajęć i spotkań, ale na pewno przyjdzie – tłumaczy spóźnienie córka poety a ja po raz kolejny przekonuje się, czym wschodnie podejście do czasu różni się od naszego. Hael pojawia się po godzinie. Elegancka koszula, uśmiech na twarzy, pewny uścisk dłoni. Nic ze zgaszonego, przybitego człowieka, którego trzy lata temu spotkałam w siedzibie fundacji pomagającej syryjskim uchodźcom. Nic z uchodźcy…

Wspomnienia kul

– Ludzie na zachodzie widzą w nas brudną, obdartą, zdesperowaną hołotę. Nikt nie pomyśli o tym, że wśród milionów uchodźców są profesorowie, pisarze, ludzie sztuki i kultury, muzycy i aktorzy wielkich scen.
Hael mówi szybko i ekspresyjne, córka ledwo nadąża z tłumaczeniem. Miesza arabski z tureckim i elementami angielskiego, którego uczył się na studiach. Ukończył wydział ekonomiczny uniwersytetu w Latakii, przed wojną pracował w międzynarodowej firmie transportowej. Jednocześnie pisywał do arabskojęzycznych gazet na całym świecie. No i pisał wiersze, choć raczej do szuflady. Z Syrii uciekł na początku wojny.
– Wiesz co to znaczy, gdy twoje dzieci wychodząc z domu mijają na ulicach martwe ciała? Gdy nie wiesz, kiedy po Ciebie przyjdą?
Hael bał się, bo w swoich artykułach poruszał niewygodne tematy, które nie podobały się reżimowi Baszara Al Assada. – Przed wojną w Syrii nie było wolności ani demokracji. Nie mogliśmy sami wybrać, kto będzie nami rządził i ja o tym pisałem. Pogróżki otrzymywałem już wcześniej, ale gdy wybuchła wojna byłem pewien, że mi nie darują.
Był jeszcze jeden powód ucieczki z ogarniętego wojna kraju. – Może to dziwne, bo większość ludzi myślało o tym, jak przeżyć. Ale dla mnie ważna była edukacja moich dzieci. Córka studiowała anglistykę, syn inżynierię chemiczną. Nie chciałem – mówi Hael widząc moją zdziwioną minę – by ich szansa na wykształcenie została zaprzepaszczona.
Udało się, choć nie do końca. Syn kontynuuje naukę na uniwersytecie w Izmirze, córka – ta, która tłumaczy rozmowę – porzuciła studia.
– Depresja, lęki, wspomnienia nalotów – to wszystko nie sprzyja nauce i utrudnia codzienne funkcjonowanie – mówi a Mavia, bo o niej mowa – nie okazuje emocji. Słowa ojca tłumaczy tak, jakby dotyczyły kogoś innego, a nie jej samej.
Hael nie miał czasu na depresję. Nie miał – jak niektórzy z przybyłych do Turcji Syryjczyków – w Izmirze rodziny ani przyjaciół. Wszystko zaczynał od początku. Sam. A rodzinę jakoś trzeba było utrzymać. – Łapałem dorywcze prace jak większość Syryjczyków. Byłem tragarzem, pracowałem w tartaku i jako kowal. Jasne, że to boli, wiesz, ambicja. W Syrii miałem udane życie, tu byłem nikim. Tam miałem dom, tu z całą rodziną mieszkam w jednym pokoju. Kolejni pracodawcy zaniżają stawki, bo wiedzą, że Syryjczyk nie będzie narzekał, weźmie co dają. Wiesz, to chyba jest najgorsze do zniesienia. Nasze człowieczeństwo gdzieś znika, bo nie traktuje się nas jak ludzi. Nasze dzieci toną w morzu i nikogo to nie obchodzi, świat patrzy i nic nie robi.

Zabrakło na przemytnika

Hael, jak wielu innych mieszkających w Izmirze Syryjczyków, był częstym gościem założonej przez Muhammada Saliha (Syryjczyk, który w Turcji mieszka od 20 lat) fundacji pomagającej uchodźcom. – Większość Turków, których spotkałem była przyjaźnie nastawiona do uchodźców, ale dobrze jest się spotkać ze swoimi. Mamy podobne problemy, chcemy być razem, rozmawiać o tym, co nas boli – opowiada. To za pośrednictwem Saliha poznał innych przebywających w Turcji literatów, pisarzy i wydawcę, Adema Kargi, który zaproponował, że wyda jego wiersze w dwóch językach, po turecku i arabsku. – Nie umiem ci powiedzieć, co to znaczy dla uchodźcy, który wykonywał w Turcji najgorsze prace, trzymać w ręku tom swoich wierszy. Myślałem, że moje pióro na zawsze pogrzebała wojna, ale życzliwi, otwarci ludzie sprawili, że znów mam je w ręku – mówi poeta, a jego córka przewraca oczami. Najwyraźniej denerwuje ją egzaltacja ojca, ja rozumiem jego podniosłe tony. Z nizin społecznych trafił przecież na Izmirskie salony, współtworzył i jest prezesem izmirskiego oddziału Stowarzyszenia Syryjskich Literatów i Poetów. Chadza na spotkania autorskie, spotyka się z dziennikarzami. – Nie chce mi się teraz wierzyć, ale kiedyś myślałem, że w Turcji będę tylko przejazdem. Planowaliśmy z rodziną dotrzeć do Europy, nie mieliśmy jednak środków, by zapłacić przemytnikom za przeprawę przez morze.

Ocalić od zapomnienia

Czy to czego doświadczył wpłynęło na jego poezję? – A jak miało nie wpłynąć – mówi Hael – Poeta karmi się rozpaczą, a tej jest w życiu uchodźcy pod dostatkiem. Teraz wszystko zaczyna się układać, nasze życie w Turcji jest dobre i spokojne, ale jak zapomnieć o odgłosach świszczących kul? Jak nie myśleć bliskich i przyjaciołach, którzy od nich zginęli? Piszę o tym, bo nie chcę, by o tych ludziach zapomniano. Chcę, żeby świat o nich wiedział.
Zdaniem Haela, zadaniem Syryjczyków, którzy przeżyli jest właśnie przypominanie światu o tym, co stało się z ich krajem. Chciałby, żeby jego twórczość nie pozwoliła ludziom zachodu spokojnie spać. – Nie zależy mi, żebyście mieli wyrzuty sumienia. W moich wierszach nie ma obwiniania czy rzucania oskarżeń. Jest w nich miłość i chcę, żebyście ją zobaczyli. Żebyście przypomnieli sobie, że jesteśmy ludźmi takimi, jak wy.
Hael, choć dumny, że leży przed nim tom jego wierszy, nie byłby w stanie przeżyć z pisania. Od dwóch lat uczy w sponsorowanej przez UNICEF szkole dla syryjskich uchodźców. Wolałby uczyć literatury, ale miejsce było tylko dla nauczyciela WF. – Nauczyliśmy się brać co dają – śmieje się i pokazuje zdjęcia ze szkoły. Śmiechem, po raz pierwszy podczas naszego spotkania wybucha też jego córka. – Ale wiesz, to co robię nie przeszkadza mi pisać – mówi Hael, który właśnie zaczął pracować nad powieścią o młodej syryjskiej dziewczynie, która sama przybywa do Turcji. Kończy też sztukę teatralną o napisanie której poprosiła go jedna z amatorskich grup teatralnych w Izmirze. Jego życie potoczyło się zaskakująco, marzy o powrocie do wolnej Syrii, ale nigdy nie będzie żałował, że został w Turcji. – Gdy dziś patrzę, na kolejne tonące statki, dziękuję Allahowi, że nie ruszyliśmy w drogę. Dzięki temu jestem tu, gdzie jestem, a nie na dnie morza – mówi Hael i zaczyna zbierać ze stołu swoje rzeczy. Nim się pożegnamy, przeczyta mi jeszcze, po arabsku, jeden ze swoich wierszy. Będzie czytał głośno i ekspresyjnie nie zważając na to, że przyciąga spojrzenia innych gości kawiarni. Już się nie wstydzi, że jest uchodźcą.

(…)
Weź nasze morza, rzeki i stokrotki
Cóż więcej,
umieramy
Nasze dusze toną w drodze do wolności
Jestem jak dziecko na brzegu faI
Otwórz drzwi
(…)
Unosimy się na falach człowieczeństwa
Musimy dotrzeć, do ostatniej pieśni słowika
Jestem uchodźcą, jestem obcy
Stygmaty na moim ciele
Fale niosą mój ból i zagubione człowieczeństwo
(…)
Jestem obcy, jestem uchodźcą
Pewnego dnia obudzę się z tego snu
moja ziemia, życie i kwiaty
(…)
zmarli, nadzieja, dzieci i statki
Sól, która nas czyni nieśmiertelnymi
Bez dowodów, paszportów i płotów
Uchodźcy na nowo narodzeni w twoim kraju
W ciemnym słońcu twojej ziemi
Uchodźcy

Wolnoć Tomku w waszym domku


W Turcji panuje wolność wyznania, mamy pełną swobodę praktyk religijnych, zapewnili we wspólnym oświadczeniu przedstawiciele głównych mniejszości religijnych nad Bosforem. W tym samym czasie z więzienia wypuszczono protestanckiego pastora.

Na wspólne wystąpienie w sprawie swobody praktyk religijnych zdecydowali się przedstawiciele 18 grup religijnych. Wśród nich są prawosławny patriarcha Dimitri Bartholomew, ormiański patriarcha Stambułu Aram Ateşyan, naczelny rabin Turcji Ishak Haleva oraz przedstawiciele kościoła syryjskiego, duchowy lider kościoła chaldejskiego i protestanci.
„Sugestie, że spotykamy się z represjami są nieuzasadnione” – napisali duchowni. Wyjaśnili, że pojawiają się krytyczne głosy, fałszywie ukazujące Turcję jako kraj, w którym brak wolności religijnej i kulturalnej. „Jako przedstawiciele mniejszości religijnych czujemy się w obowiązku zareagować i poinformować opinię publiczną jaka jest prawda”.

W dalszej części oświadczenia napisano, że Turcja jest miejscem, w którym od wieków spotykały się różne religie i wierzenia, oraz zapewnienie, że mniejszości religijne mają w kraju swobodę praktykowania w zgodzie z tradycją.

Co ciekawe, oświadczenie zbiegło się w czasie ze zwolnieniem z więzienia amerykańskiego pastora z Izmiru, Andrew Brunsona. Duchowny został aresztowany w październiku 2016 roku pod zarzutem szpiegostwa i powiązań z organizatorami nieudanego puczu wojskowego. To między innymi jego zatrzymanie przedstawiano w niektórych mediach jako argument na brak wolności religijnej w Turcji i represje wobec duchownych innych wyznań.

W środowisku izmirskich chrześcijan rzeczywiście krążyły plotki o tym, że Brunson zbyt intensywnie ewangelizuje i nie podoba się to tureckim władzom.
– Bzdura. Jeśli mieli mu coś do zarzucenia to raczej fakt, że organizował różne przedsięwzięcia bez porozumienia z władzami. W Turcji tak się po prostu nie robi – mówi mi jeden z polskich księży znających pastora. Na temat pozostałych zarzutów wobec protestanckiego duchownego nie chce się wypowiadać.

Brunson wyszedł zza krat, ale to nie znaczy, że jest wolny. Pozostaje w areszcie domowym. Jeśli dojdzie do jego skazania, może spędzić w więzieniu 35 lat. Nie należy się spodziewać jego szybkiego uwolnienia. Duchowny, o którego upominał się sam prezydent USA, pozostaje dla tureckich władz kartą przetargową w walce o ekstradycję oskarżanego o organizację puczu Fethullaha Gulena. – Oddajcie nam naszego duchownego, a my wam oddamy waszego – powiedział jakiś czas temu prezydent Erdogan.
Na razie Amerykanie ani myślą odesłać Gulena do Turcji i Brunson z pewnością o tym wie, ale – jak twierdzi jego adwokat – i tak się cieszy z tej namiastki wolności, którą właśnie zyskał.

Czy Turcja znów jest „zwyczajna”?

Po dwóch latach zakończył się w Turcji stan wyjątkowy, wprowadzony po nieudanym puczu wojskowym. Zagrożenie minęło dużo wcześniej, ale prezydentowi było na rękę rządzenie dekretami. Teraz gdy osiągnął swój cel i będzie stanowił prawo w kraju, stan wyjątkowy przestał już być potrzebny.

Choć trwają wakacje, tureccy parlamentarzyści nie mają urlopów. Równo miesiąc temu odbyły się wybory prezydenckie i parlamentarne, w wyniku których Recep Tayyip Erdogan zgarnął całą władzę, a jego partia – prawie całą (razem z koalicjantem ma większość w parlamencie). Erdogan powołał właśnie rząd, na którego czele stanie, zamiast premiera, on sam. Jedną z jego pierwszych decyzji stało się – obiecywane podczas kampanii wyborczej – zniesienie stanu wyjątkowego. Zastąpiło go, zdaniem opozycji tak samo opresyjne, nowe prawo antyterrorystyczne uchwalone przez AKP.
Stan wyjątkowy w liczbach przedstawia się, jeśli można to tak ująć, imponująco. Zwolniono ponad 150 tysięcy urzędników państwowych, nauczycieli i wykładowców akademickich, zaś drugie tyle zawieszono. Zamknięto 3 tysiące szkół, uniwersytetów i akademików, prawie 189 gazet i stacji telewizyjnych. Aresztowano prawie 80 tysięcy osób (to rekord, po poprzednich puczach liczba ta wynosiła około 60 tysięcy) w tym ponad 300 dziennikarzy. Pracę straciło kilka tysięcy prawników, lekarzy, sędziów. W sądach toczy się ponad 100 tysięcy spraw przeciwko osobom oskarżonym o współudział w puczu albo wspieranie FETÖ -uważanej za terrorystyczną organizacji rezydującego w USA duchownego Fethullaha Gulena. To jego turecki rząd oskarża o bycie mózgiem nieudanego przewrotu i bezskutecznie stara się o jego ekstradycję.

Kłopotów ze stanem wyjątkowym przez cały czas jego trwania było kilka. Nikt nie wiedział co jest, a co nie jest wspieraniem terroryzmu. Pewnien mieszkaniec Aydin doniósł nawet na samego siebie. W liście do prokuratury napisał, że od 30 lat ogląda „gulenowską” telewizję. Został skazany na 7 lat więzienia. Dziesiątki ludzi zamknięto za to, że pracowali w szkołach prowadzonych przez organizację Gulena, nawet jeśli tylko tam sprzątali. Innych, bo używali komunikatora ByLock, za pomocą którego mieli się rzekomo porozumiewać organizatorzy puczu. Dwa lata temu, gdy kraj obiegła informacja, jakoby ludzie związani z ruchem Gulena „rozpoznawali się” za pomocą jednodolarówek o określonych numerach serii, Turcy w popłochu zaczęli palić banknoty. Do aresztów trafiali starzy i młodzi, ci z wykształceniem i bez. Za kratami wciąż pozostają setki matek z dziećmi, na niektóre – o czym pisałam przed rokiem – policja czekała przed drzwiami porodówek.

Określenie „gulenista” stało się wytrychem, pozwalającym pozbyć się każdej niewygodnej osoby. Przykładem niech będą rozwodzące się małżeństwa (gazety donosiły o co najmniej kilku takich przypadkach) które – w ramach zemsty – oskarżały się o współpracę z duchownym lub jego wspieranie.

Paradoks polegał na tym, że – choć AKP i Erdogan nie lubią się do tego przyznawać – władza, która w ciągu dwóch lat przeprowadziła w kraju nieprawdopodobne czystki, sama przez lata współpracowała z ruchem duchownego. AKP, po pierwszych wygranych w 2002 roku wyborach parlamentarnych, nie miała odpowiedniego zaplecza, rozdawała więc stanowiska właśnie ludziom związanym z duchownym, oni bowiem byli świetnie wykształceni. Jeśli guleniści naprawdę stworzyli państwo w państwie, opanowując najważniejsze instytucje w kraju (armia, sądownictwo), stało się to za przyzwoleniem AKP. Erdogan nawet za to przeprosił

Cóż jednak z tego.

Stan wyjątkowy zniesiono, ale to żaden powód do radości. Nie wróci to życia nauczycielowi – ostatecznie oczyszczonemu z zarzutów – który zmarł w celi, ani lekarzowi, który po usunięciu ze stanowiska, skoczył z dziesiątego piętra izmirskiego szpitala. Nie przywróci to też godności torturowanym wojskowym, policjantom czy nauczycielom, od których – jak donoszą międzynarodowe organizacje praw człowieka – przemocą wymuszano zeznania. Stan wyjątkowy – zwany w Turcji nadzwyczajnym – zniesiono, ale Turcja nigdy już nie będzie „zwyczajna”.

Turecka opozycja przegrywa mecz ostatniej szansy

Nie wystarczyła złość Turków na podwyżki cen, charyzma Muharrema Ince ani energia Meral Aksener – jedynej kobiety w wyścigu o fotel prezydenta. Choć oficjalne wyniki wyborów poznamy we wtorek, wygląda na to, że Erdogan znów ograł opozycję, dziennikarzy i analityków oraz Zachód, który miał nadzieję na zmiany.

Kilka lat temu w Stambule, podczas otwarcia stadionu noszącego imię Recepa Tayyipa Erdogana mecz rozgrywali dziennikarze i politycy. Kapitanem tych ostatnich był oczywiście premier (miesiąc później już prezydent), który swego czasu porzucił karierę piłkarza na rzecz polityki. Polityk grał z zaangażowaniem a mimo to jego zespół jeszcze w pierwszej połowie stracił aż trzy bramki. Gdy już wydawało się, że przegra – cud. Po kiepskim podaniu, premier bez trudu przejął piłkę i – podczas gdy bramkarz stał jak wryty – strzelił pierwszego gola. Potem padły jeszcze dwa. Tłumy szaleją, premier uśmiecha się jakby mówił: „Cóż, łatwizna”.

Sułtan ogrywa opozycję

Taką sama minę Erdogan miał w niedzielę wieczorem. Choć liczenie głosów wciąż trwało, a opozycja apelowała, by poczekać z ogłaszaniem zwycięstwa, wszechwładny już prezydent z uśmiechem przemawiał do tłumu swoich zwolenników. – Dzisiaj zwyciężyła demokracja, każdy z 81 milionów Turków jest dzisiaj zwycięzcą. Od jutra będziemy intensywnie pracować nad spełnieniem naszych wyborczych obietnic. Turcja wybrała dobrobyt, rozwój i budowanie kraju, który będzie liderem na świecie.
Erdogan, który zwyciężył już w pierwszej turze, otrzymując ponad 52 proc. głosów, miał na myśli nie tylko siebie, ale też swoją partię, która rządzi krajem od 16 lat. Choć AKP otrzymała „zaledwie” 42 proc. głosów, tracąc tym samym samodzielną parlamentarną większość, dzięki koalicji z nacjonalistyczną MHP (11 proc.) wprowadzi do nowego, 600 – osobowego parlamentu 343 posłów. Choć lider nacjonalistów jeszcze w trakcie kampanii zastrzegał, że jeśli AKP będzie dalej popełniać stare błędy, MHP nie będzie jej popierać, trudno dać wiarę tym słowom. To przecież jedynie dzięki poparciu MHP udało się przepchnąć przez parlament zmiany konstytucji, dające prezydentowi nieograniczoną władzę. Choć po referendum mającym zatwierdzić lub odrzucić te zmiany, opozycja, która przegrała o włos, złapała wiatr w żagle, nie wystarczyło to do zwycięstwa w niedzielnych wyborach. Kandydat CHP Muharrem Ince, jedyny, który mógł zagrozić Erdoganowi, uzyskał nieco ponad 30 proc. głosów, podczas gdy Meral Aksener, uważana za czarnego konia wyborów, zaledwie 7 proc, mniej niż prowadzący kampanię z więzienia lider prokurdyjskiej HDP Salahattin Demirtas (prawie 8,5 proc.). Również koalicja kemalistycznej CHP z liczącą sobie zaledwie kilka miesięcy Dobrą Parią (IYI Parti), nie przyniosła spodziewanego wyniku. CHP uzyskała 22 proc, a partia Aksener dokładnie 10 proc (tyle wynosi próg wyborczy). Razem wprowadzą do parlamentu 192 posłów. Wśród przegranych prawdziwym zwycięzcą okazała się kurdyjska HDP. Choć nie zawiązała żadnej koalicji, a kilkudziesięciu jej posłów zostało pozbawionych immunitetu i zamkniętych w więzieniach za rzekome wspieranie terroryzmu, w wyborach uzyskała prawie 12 proc., co jest równoznaczne z wprowadzeniem do parlamentu 67 posłów. Dla Kurdów (MHP zwyciężyło we wschodnich regionach kraju, w gdzie większość stanowią Kurdowie, głosujący przedtem na AKP) to prawdziwy sukces.

Głosowanie przez stemplowanie

Dopiero za kilka dni będzie widomo, w jaki sposób głosowali młodzi, a w jaki starsi Turcy, jak wykształceni i ci, którzy ukończyli zaledwie szkoły podstawowe. Dziś wiadomo jedno: żadna z opozycyjnych partii nie przekonała twardego elektoratu AKP, do zmiany zdania i oddania głosów właśnie na nią. Muharrem Ince uzyskał co prawda lepszy wynik niż jego partia, zagłosował jednak na niego stały elektorat CHP i nikt więcej. Turcja oficjalnie już stała się – jak żartują niektórzy – sułtanatem, w którym niepodzielne rządy sprawował będzie, przynajmniej przez najbliższych 5 lat, Recep Tayyip Erdogan. Prezydent stanie teraz na czele rządu, „przejmie” system sądowniczy a jego dekrety będą miały moc ustawy. Będzie też mógł, przynajmniej jeden raz, samodzielnie zdecydować o budżecie kraju. Oficjalne wyniki Komisja Wyborcza poda we wtorek, wtedy też rozpatrzy skargi, na nieprawidłowości, do jakich doszło, bo – jak twierdzą tureccy publicyści – dojść musiało, w trakcie głosowania. A trochę ich jest. Zagranicznym obserwatorom nie pozwolono, ze względu na rzekome zagrożenie terrorystyczne, udać się na wschód kraju. Kilku z nich w ogóle do Turcji nie wpuszczono. – Obserwatorzy są od obserwowania, a nie robienia polityki – argumentował premier Binali Yildirim. Na szczęście tam, gdzie obserwatorów nie było, byli zwyczajni wyborcy. To ich amatorskie nagrania można było obejrzeć na stronie opozycyjnej gazety Cumhuriyet. Widać na nich, jak jeden z członków komisji wyborczej w Erzurum, jedna po drugiej ostemplowuje (Turcy nie zaznaczają przy kandydatach „krzyżyka”, lecz przykładają w odpowiednim miejscu stempel) karty wyborcze w miejscu, gdzie widnieje symbol AKP. Ten sam proceder dotyczył kart z kandydatami na prezydenta. W Diyarbakir ktoś próbował wnieść nieostęplowane karty wyborcze. Gdzieś zatrzymano auto z zaplombowanymi urnami wyborczymi, które zamierzano podmienić, gdzieś – jeszcze przed liczeniem głosów – wśród śmieci walały się karty do głosowania, na których zaznaczono kandydatów innych niż AKP i Erdogan. Po Izmirze krążyła plotka o znikającym z kart do głosowania tuszu, dzięki któremu członkowie komisji mogli ponownie ostemplować karty zgodnie z wytycznymi „z góry”. Zdarzyły się bójki między wyborcami, a nawet ofiary śmiertelne. Mehmet Siddik Durmaz z IYI Parti został zastrzelony w Erzurum podczas głosowania. Wielu Turków, zwłaszcza popierających opozycję, udało się do lokali wyborczych na liczenie głosów (mają do tego prawo). By uniknąć fałszerstw, robili zdjęcia i dzielili się w Internecie protokołami ze swoich komisji.

Opozycja: najgorsze przed nami

– Akceptuję wyniki, ale moim zdaniem te wybory nie były ani sprawiedliwe ani uczciwe – mówił w niedzielę wieczorem Ümit Özdağ z IYI Parti. – Dochodziło do wielu nieprawidłowości.
Wygląda jednak na to, że tym razem to nie one zadecydowały o wyniku. Wyniki podawane przez niezależną platformę liczenia głosów Adil Secim Platformu, niewiele różniły się od tych, które podała rządowa agencja Anadolu.- Przyjmuję do wiadomości wyniki wyborów, ale mam świadomość, że właśnie uchwalono w Turcji jednoosobowy reżim. To bardzo niebezpieczne i wszyscy zapłacimy za to wysoką cenę – mówił Muharrem Ince.
Rzeczywiście, jest się czego bać. Już w poprzedniej kadencji niweygodnym parlamentarzystom głosami AKP odebrano immunitety i oskarżono o terroryzm. Teraz może się stać tak samo, z tym, że parlament nie będzie już Erdoganowi potrzebny do usuwania wrogów.
Nie wszyscy jeszcze o tym wiedzą. Na razie cieszą się z wyniku i z faktu, że pierwszy raz od miesięcy, wartość dolara odrobinę spadła.