Oliwna wojna propagandowa

Turecka operacja w syryjskim Afrin trwa już od miesiąca. Równocześnie ze starciami tureckich żołnierzy z kurdyjską milicją YPG, trwa walka w mediach i Internecie.

Punktów jest piętnaście i wszystkie są bardzo jasne. O tureckich żołnierzach biorących udział w operacji „Gałąź oliwna” można pisać tylko dobrze. Na przykład, że narażają życie by bronić granic ojczyzny przed terrorystami. Zbrojnych działań tureckiej armii, które Syria uważa za wrogie, nie wolno krytykować. „Wypadki” przy pracy (na przykład śmierć cywilów) – pomijać. Takie wytyczne premier Binali Yildirim miał przekazać tureckim dziennikarzom na specjalnym spotkaniu.
– Nie mamy możliwości pokazywać prawdy – mówi Hamza Gul, dziennikarz jednej z nielicznych już opozycyjnej telewizji.
I rzeczywiście. Podczas gdy z zagranicznych agencji można się dowiedzieć, że w trakcie walk zginęli cywile a zabytkowe dzielnice Afrin zostały zniszczone, w turecki gazety i telewizje nawet się o tym nie zająknęły. Przekaz jest jasny: my jesteśmy dobrzy i to co robimy jest dobre. Oni są źli. Turcy, którzy – jak Amerykanie – wychowywani są w wielkim szacunku dla własnej armii i swoich żołnierzy, wieżą w to, co widzą i nie zadają zbędnych pytań. Rząd wystarczająco długo używał już YPG jako straszaka i wystarczająco skutecznie na powrót rozniecił konflikt z PKK, by dziś ktokolwiek miałby być przeciw operacji w Syrii. Ci z resztą, którzy odważą się wychylić, jak w banku mają zarzuty o wspieranie terroryzmu. Nie warto więc ryzykować, operację – prócz zwykłych ludzi – poparła więc opozycja. Jednego nie da się ukryć: że giną tureccy żołnierze. Ale cóż, taki już ich los, cały kraj będzie ich czcić jako bohaterów, a tureckie dzieci na pamięć będą znały ich nazwiska.

Ale nie tylko Turcja wytacza propagandowe działa. W mediach społecznościowych, na stronach powiązanych z YPG i PKK, co dnia pojawiają się zdjęcia rzekomych ofiar tureckich działań. Pokrwawione dzieci, ostrzelane budynki, płaczące kobiety. Ostatnio lotem błyskawicy rozprzestrzenił się news, jakoby Turcy użyli w Afrin broni chemicznej. I choć z pewnością są dziś w Afrin przestraszone dzieci i bezradne kobiety okazuje się, że wiele z tych zdjęć zrobionych było kilka lat temu. Przedstawiają zupełnie inne ataki. Niektóre nie maja z Syrią nic wspólnego, bo zrobione zostały np. w Iraku.

Rząd Turecki nie pozostaje na to obojętny. Sztab ludzi musi co dzień śledzić media społecznościowe „wroga”. Ambasady zamieszczają na swoich stronach „oszukane” i prawdziwe zdjęcia ze stosownym komentarzem. Rodakom już nie muszą, ale zachodowi chcą pokazać zachodowi prawdę o kurdyjskiej propagandzie. Nie będzie łatwo, ale może się udać. Turcja ma do dyspozycji potężną machinę medialną, YPG – tylko (?) Internet.

Gałązka nie całkiem oliwna

Ochrona własnych granic i walka terrorystami – tak Turcy wyjaśniają swoją obecność w Syrii. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Ankara angażuje się w dawno wygraną bitwę jedynie w celach wizerunkowych. Bez względu na powody operacja „Gałąź Oliwna” nie ma nic wspólnego z niesieniem pokoju, za to mocno komplikuje i tak już trudną sytuację w Syrii.

Operacja „Gałąź Oliwna” dla nikogo nie jest niespodzianką. Ankara dawno już wyznaczyła w Syrii strefy bezpieczeństwa — granice, których przekroczenie przez walczących z Państwem Islamskim Kurdów, będzie skutkowało zbrojną odpowiedzią Turcji. Po ostrzale artyleryjskim celów zlokalizowanych w pobliżu Afrin (miejscowość, z której z udziałem Kurdów, już jakiś czas temu wyparto ISIL), który rozpoczął się 20 stycznia, tureccy żołnierze przekroczyli granice z Syrią i – wspólnie z popierającą ich i szkoloną przez nich – Wolną Armią Syryjską – przejęły kontrolę nad 11 pozycjami zajmowanymi dotąd przez Kurdów. Jak podaje Ankara, na razie „zdobyto”otaczające Afrin wioski Shankal, Qorne, Bali, Adah Manli, Kita, Kordo i Bibno. Prócz walki zbrojnej, rozpoczęła się też wojna informacyjna. Według Kurdów, w wyniku działań tureckiej armii giną cywile, Ankara utrzymuje tym czasem, że YPG wykorzystuje syryjskie dzieci jako żywe tarcze. Minister Spraw Zagranicznych Mevlüt Çavuşoğlu za każdym razem podkreśla też, że operacja wymierzona jest w ISIL.

Społeczność międzynarodowa – skądinąd słusznie – nie traktuje tych deklaracji poważnie. To przecież początkowa bierność Turcji w walce z kalifatem (Ankarę oskarżano nawet o to, że kupuje od terrorystów ropę i pozwala im leczyć się w swoich szpitalach) umożliwiła Rosji wejście do Syrii. Walka z ISIL zawsze była dla Turcji na drugim planie i Ankarze przyszło za to zapłacić wyłączeniem z grona państw, które będą decydować o przyszłości Syrii.

Nad Bosforem nie brak publicystów, którzy twierdzą, że w przypadku operacji „Gałąź Oliwna” większe niż militarne, jest jej znaczenie wizerunkowe. Erdogan chce pokazać swoim obywatelom, że liczy się w regionie. „Ta operacja ma przywrócić utraconą dumę narodowi tureckiemu” – donosi AL MONITOR. Wskazują na to nie tylko wypowiedzi rządu, ale też tureckiej opozycji, która w większości poparła interwencję.
Nie miała wyjścia. Każda krytyka zostałaby przez rząd skrupulatnie wykorzystana. Gdyby ktokolwiek opowiedział się dziś przeciw operacji, natychmiast naraziłby się na oskarżenia o sprzyjanie terrorystom. – Żaden kraj nie chciałby terrorystów przy swojej granicy. Niepokoimy się o bezpieczeństwo naszych granic, ale wierzymy w naszych żołnierzy – zapewniał kilka dni temu lider CHP Kemal Kılıçdaroğlu, ten sam, który w maju zorganizował wielomilionowy marsz przeciw działaniom rządu i Erdogana. On i jego partyjni koledzy podczas konferencji prasowych recytują dziś rządowe slogany o „integralności terytorialnej”, „wielkiej tureckiej armii” i „dzielnych żołnierzach, którzy w glorii powrócą do Turcji”. Słuchając ich trudno oprzeć się wrażeniu, że mówią raczej to, co chce usłyszeć głodny jakiegokolwiek sukcesu naród niż to, co myślą.
Po tym, jak Serpil Kemalbay z prokurdyjskiej HDP nazwał operację początkiem inwazji i zaczął nawoływać Turków, by wyszli na ulicę, by się jej sprzeciwić, prezydent Erdogan publicznie zagroził członkom jego partii, żeby nie wychodzili z domów. Tylko w poniedziałek aresztowano 26 osób protestujących przeciw obecności tureckich żołnierzy w Syrii.

Zaskakujące może być jednak co innego. Stany Zjednoczone, też wyraziły pełne zrozumienie i aprobatę dla operacji. – Obawy Turcji dotyczące bezpieczeństwa są w pełni uzasadnione – mówił dziennikarzom amerykański sekretarz obrony generał Jim Mattis. – To jedyny kraj NATO, na którego terenie działają rebelianci, łatwo więc zrozumieć lęk, że konflikt rozszerzy się poza granice Syrii. Zapewnił też, że nim Turcja rozpoczęła operację, poinformowała USA, że ostrzela cele YPG w Syrii a jej operacja nie narusza integralności terytorialnej pogrążonego w wojnie kraju. Ani słowem nie zająknął się przy tym, że terroryści, z którymi dziś walczy Turcja to ci sami ludzie, którym USA od miesięcy dostarczają broń i traktują jako sojusznika w walce z samozwańczym kalifatem.

– Amerykanie, którzy wciąż prowadzą walkę z niedobitkami ISIL wysyłają sprzeczne komunikaty dotyczące wsparcia tureckiej operacji. Z jednej strony ogłaszają utworzenie 30 tysięcznych sił bezpieczeństwa w syryjsko-tureckiej strefie przygranicznej, z drugiej strony odżegnują się od wszelkiej pomocy udzielanej YPG w rejonie miejscowości Afrin i rozumieją obawy Turcji dotyczące ochrony swoich południowych granic przed działaniami terrorystycznymi. Najwyraźniej nie chcą stracić sojusznika jakim jest Turcja, z drugiej strony dalej chcą walczyć z ISIL cudzymi rękami pomagając YPG gdzie indziej. – mówi mi wojskowy ekspert ds. bezpieczeństwa analizujący dla NATO sytuację na Bliskim Wschodzie.
Jego zdaniem swoją operacją militarną Turcja może przyprzeć USA do muru i zmusić, by dokonały wyboru pomiędzy sojusznikiem z NATO, a wspieranymi przez siebie bojownikami kurdyjskimi. – USA będą chciały dalej balansować w regionie a w sytuacji gdyby Turcja zechce rozwiązać konflikt z Kurdami militarnie, zrobią wszystko by do tego nie dopuścić.

Przypomina, że turecka operacja poprzedzona została konsultacjami wojskowymi zarówno w Moskwie jak i w Waszyngtonie a buńczuczne wypowiedzi Syryjskiego rządu o strącaniu każdego samolotu, który naruszy przestrzeń powietrzną Syrii okazały się tylko oświadczeniami, bowiem przestrzeń powietrzną nad Syrią i tak kontroluje Rosja. Amerykanie natomiast prawdopodobnie poinformowali o niej swoich kurdyjskich „podopiecznych” i główne siły YPG zostały wycofane na bezpieczne pozycje.

Operacja trwa, zginęło w niej dotąd czterech tureckich żołnierzy. Pozostałym, na syryjsko-tureckim pograniczu, grała dziś orkiestra wystrojona w stroje osmańskie.

Bardzo groźny słownik

Pokwitanie? Gotowość dziewięciolatki do małżeństwa i rodzenia dzieci. Małżeństwo? Sposób na ochronę przed grzechem. Na stronie tureckiej Rady ds. Religii (Diyanet) znalazł się słownik terminów religijnych, który zbulwersował Turków.

– W tym kraju trzeba mieć 18 lat, by kupić papierosy lub alkohol, ale zdaniem imamów wystarczy 9, by wyjść za mąż! – denerwuje się Ayhan Eskikalci, mój znajomy, ojciec 6 – letnich bliźniaczek.

Trudno mu wyobrazić sobie, o czym właściwie myśleli państwowi urzędnicy, jakimi są przedstawiciele Diyanet’u, tworząc kuriozalne hasła internetowego słownika.

Na stronie przeczytać można, że dolną granicą dla zamążpójścia dziewczynki jest 9, a ożenku dla chłopca 12 rok życia. „Wtedy dziewczęta mogąstać się matkami a chłopcy ojcami”. Przy haśle znalazł się zapis, że taki wiek przewidziany jest w prawodawstwie islamskim (a w Turcji szariat przecież nie obowiązuje), nie jest więc tak, jak ogłosiły niektóre tureckie media, że Diyanet pragnie wydawać za mąż dzieci. A jednak powiało grozą.

Przecież niespełna dwa miesiące temu rząd dał urzędnikom religijnym prawo udzielania ślubów, zrównując ceremonię w meczecie z cywilną.

Przecież nie minął rok, odkąd posłowie próbowali przeforsować projet, wg którego gwałciciel, który pojmie za żonę swoją ofiarę, uniknie kary.

Przecież Turcja jest tym europejskim krajem, w którym odsetek małżeństw wśród dzieci jest najwyższy.

Przecież zaledwie kilka tygodni temu 15 latka, wydana wbrew swej woli za chłopaka, który ją zgwałcił, zabiła męża.

Urzędnicy Diyanet tłumaczą, że słownikowe definicje zostały wyjęte z kontekstu, a mediom przypisują złą wolę.
Mój przyjaciel Ayhan złą wolę przypisuje Radzie. Nie dziwię mu się. Ma przecież dwie córki…

Nowa prezydent Turcji?

Renesans demokracji, powrót do system parlamentarnego, walka z terroryzmem i wolne media – to główne założenia programu Dobrej Partii Meral Akşener. Jej liderka już dziś przedstawiana jest jako kontrkandydatka Erdogana w wyborach prezydenckich.

Choć partia założona przez Meral Akşener działa już od kilku miesięcy, kwestia nazwy rozstrzygnięta została dopiero kilka dni temu. Zamiast długiej i patetycznej, koniecznie ze słowem republika, sprawiedliwość, lud – w jakich dotąd lubowali się tureccy politycy, Akşener postawiła na prostotę: Iyi Partisi to po prostu Dobra Partia. Jej logo to żółte słoneczko (niektórzy krytykują je, jako nawiązujące do loga rządzącej AKP, której symbolem jest rozświetlona żarówka, ale przecież nikt nie ma monopolu na światło) a hasło „Turcja stanie się dobra” za genialne musieli uznać nawet jej przeciwnicy.

Trudno się dziwić. Meral Akşener nie jest przecież na tureckiej scenie politycznej żółtodziobem. Była minister spraw wewnętrznych odeszła z nacjonalistycznej partii MHP po tym, jak jej lider, Devlet Bahçeli poparł wprowadzenie w kraju systemu prezydenckiego w miejsce sprawdzającej się lepiej lub gorzej od 94 lat demokracji parlamentarnej. Akşener, która była przeciwna tej decyzji, postanowiła stworzyć własne ugrupowanie.

– Turcja i jej obywatele są zmęczeni. Następuje erozja państwa, porządek publiczny został zaburzony. Jedynym sposobem by to naprawić jest zmiana całego klimatu politycznego. Turcja stanie się dobra! Dobro to sprawiedliwość, odwaga i determinacja. Dobro to nadzieja, bogactwo – mówiła żywiołowo Akşener podczas konwencji założycielskiej. A że mówcą jest niemal tak dobrym, jak prezydent Erdogan, zebrani spijali jej słowa z jej ust.

Dobra Partia liczy na głosy obywateli o poglądach centroprawicowych, ale może się okazać, że podbije również serca Turków, którzy dotąd głosowali na opozycyjną CHP i rządzącą AKP. Wyborcy poirytowani niemocą tej pierwszej i rozczarowani totalitarnymi metodami drugiej, od dawna potrzebowali powiewu świeżości. Ci, którzy decyzję MHP o poparciu systemu prezydenckiego uznali za zdradę stanu, właściwie nie mają dziś innej sensownej opcji.

Na razie są obietnice. Akşener zamierza uczynić turecką gospodarkę jedną z największych na świecie (na razie nie wyjaśnia jak tego dokona), poprawić jakości edukacji i zreformować sądownictwo tak, by stało się ono niezależne od polityki. – Decyzje sądów są dziś dla Turków groźniejsze, niż kule wroga – twierdzi liderka i dodaje, że podstawą demokracji są wolne media. Program partii przewiduje też powrót do systemu parlamentarnego. Czy w sytuacji, gdy niemal połowa Turków nie chce, by wyłącznie prezydent rządził państwem, gdy zamknięto ponad 100 tytułów prasowych, a ponad 200 dziennikarzy siedzi w więzieniach, można dziwić, że Akşener jawi się jako „zbawicielka” Turków?

Ktokolwiek bierze się dziś w Turcji za politykę musi obiecać walkę z FETÖ – organizacją Fethullaha Gulena, oskarżanego o organizację nieudanego puczu 15 lipca 2015 roku. Akşener nie tylko to obiecała, ale też wykorzystała okazję, by wypomnieć Erdoganowi i AKP, że to dzięki ich wsparciu organizacja urosła w siłę.

Ci ostrzegają ją z kolei przed „szpiegami” Gulena, którzy z pewnością będą próbowali przeniknąć w struktury nowego ugrupowania. Według tureckich publicystów jest to – na razie subtelna – przestroga dla Aksener, by przestała się wychylać i nie kandydowała w wyborach prezydenckich, które mają się odbyć w 2019 roku. Dotąd Erdogan nie miał właściwie żadnej sensownej konkurencji, tym czasem lubiana Aksener zapowiedziała, że będzie kandydować.
– Nie boję się aresztowania – mówiła w rozmowie z dziennikarzami gazety Hurryet. – Jeśli mają przeciwko mnie jakieś dowody, niech mnie aresztują. Lecz jeśli aresztują mnie nie mogąc mi nic udowodnić, niech nie nazywają się honorowymi ludźmi.

Jak potoczą się losy nowego ugrupowania jeszcze nie wiadomo, rządzący nie mogą sobie jednak pozwolić na to, by ją zlekceważyć. To przecież AKP zgarnęła władzę zaledwie rok po tym, jak powstała…

Chopin przegrał z islamizacją

Islamizacja Turcji postępuje od lat. Najpierw – trochę jakby tylnymi drzwiami – konserwatywny rząd uchwalił przepisy pozwalające tak uczennicom, jak i nauczycielkom na noszenie chust w szkołach. Później doszły urzędy państwowe i wyższe uczelnie a na końcu, przed kilkoma laty, parlament. Liberałom już wtedy wydawało się, że to koniec świata.

Jakże się pomylili!

Oto z podstawy programowej zniknęła w tym roku teoria ewolucji. Darwin przegrał z Koranem, w tureckiej szkole zatriumfował kreacjonizm. Oberwało się z resztą nie tylko Darwinowi. Podręczniki zostały odchudzone z „europocentryzmu”. W zamian uczniowie dostali solidną porcję wiedzy o odkryciach islamskich uczonych, islamskiej poezji i literaturze i w ogóle historii oraz obyczajach osmańskich.

Tak, jakby nie można było uczyć i o jednych i o drugich uczonych (można, ale po co). W ten sposób nie wychowa się całych zastępów dobrych muzułmanów, a taki jest cel prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana który informował ostatnio, że nie spocznie, póki tureckie meczety nie wypełnią się ludźmi).

Pierwsze efekty „nowego wychowania” są już widoczne, podczas niedawnego pogrzebu młodego żołnierza który zginął w Hakkari na wschodzie Turcji, jego koledzy skandowali „Allahu Akbar” – „Bóg jest wielki”, zakłócając wykonanie Marsza Żałobnego Szopena.

Chopin niestety nie był muzułmaninem. Przykry ten fakt dostrzegło tureckie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i – zainspirowane wydarzeniem z Hakkari – nakazało, żeby podczas pogrzebów wojskowych (a tych niestety w ostatnich dwóch latach znacznie przybyło, co dzień jakiś poborowy ginie na wschodzie kraju w walkach z Partią Pracujących Kurdystanu) zamiast – jak dotychczas – „Marsza żałobnego”, wykonywać utwór Itri’s “Segah Tekbir” tworzącego w czasach osmańskich tureckiego kompozytora zwanego Itri z tekstami zaczerpniętymi z Koranu.

Podobno – tak twierdzą tureckie władze – muzyka zakorzeniona w ich kulturze lepiej oddaje to za co walczyli i za co zginęli tureccy żołnierze – męczennicy. Ich pogrzeby powinny odpowiadać moralnym wartościom narodu i cywilizacji z której wyrósł.

A że nie każdy żołnierz jest głęboko wierzącym muzułmaninem?

I na to znalazła się odpowiedź:
“Muzyka cudzoziemca nie jest odpowiednia dla naszych zmarłych” – stwierdził Lokman Aylar z Fundacji Tureckich Weteranów. Pierwsze pogrzeby z nową „ścieżką dźwiękową” już się odbyły.

Chopin przewraca się w grobie, Fazil Say – jeden z najsłynniejszych tureckich pianistów nie wierzy własnym uszom.
I chyba tylko zmarłym żołnierzom jest wszystko jedno.

Utwór, który zastąpił Marsz Żałobny

Zakazani bohaterowie czyli absurdy stanu wyjątkowego

Ilekroć wydaje mi się, że w związku z obowiązującym w Turcji stanem wyjątkowym  i krucjatą prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana przeciwko prawdziwym i domniemanym organizatorom ubiegłorocznego puczu wojskowego nic mnie juz nie zdziwi, turecka prokuratura, policja albo – jak tym razem – linia lotnicza wymyśla coś, na co nie wpadli by najlepsi kabareciarze.

Była już (nadal z resztą obowiązująca) blokada Wikipedii spowodowana faktem, że w jednym z haseł znalazły się sugestie, jakoby Turcja wspierała terrorystów z ISIL kupując od nich ropę. Były aresztowania za posiadanie banknotów jednodolarowych których podobno używali puczyści do tajnego porozumiewania się między sobą. Było nawet aresztowanie głównego aktora i jednocześnie producenta słynnego tasiemca „Kurtlar Vadisi”, który zastrzegł (co z tego, że kilka miesięcy przed puczem) prawa do tytułu Kurtlar Vadisi Darbe (czyli Dolina Wilków – Pucz).
Do aresztu trafili też śmiałkowie, którzy odważyli się założyć koszulki z angielskim napisem Hero – bohater, tydzień po tym, jak zrobił to w dniu rozprawy jeden z oskarżonych o terroryzm. Na nic się zdały tłumaczenia, że nie są wywrotowcami a koszulki kupili na bazarze.

Władze Turkish Airlines postanowiły działać, nim ktokolwiek postawi im zarzuty. Właśnie zaprzestano produkcji gadżetów: koszulek, bucików, skarpetek i innych drobiazgów, które od 2014 roku dostawali najmłodsi podróżni. Gazetka dla dzieci też nie będzie już dostępna na pokładach samolotów państwowego przewoźnika. Złowieszczy jej tytuł brzmiał „Hero”. Takie też logo widniało na wycofanych gadżetach.

Rzecznik prasowy firmy zarzeka się, że zabawek i ubranek nie dotknęły „popuczowe” czystki, bo decyzja o ich wycofaniu zapadła parę miesięcy temu, ale nikt mu nie wierzy. Zwłaszcza po tym, jak pracę stracił naczelnik więzienia, który dopuścił do tego, by człowiek oskarżony o zdradę stanu jawnie zakpił z tureckiego wymiaru sprawiedliwości zakładając koszulkę z napisem „Bohater”.

Czy można się dziwić, że ludzie się boją, i wolą dmuchać na zimne niż iść do więzienia na długie lata za to, że jutro wrogim publicznym może być miś z bajki naszyty na dziecięcym kaftaniku?

Chciałabym umieć się z tego wszystkiego śmiać, ale przychodzi mi to z coraz większym trudem. Pogodnym z natury Turkom też.

Autobus, różowy…

Ktokolwiek jadł eksportowane z Turcji słodkie morele, może mieć pewność, że wyhodowano je w Malatyii. Słynące z pysznych owoców miasto w południowo wschodniej Anatolii od dzisiaj ma nowy symbol – różowy szynobus. Kolor nie jest przypadkowy. Do pojazdów, które właśnie ruszyły na ulice metropolii, wstęp mają tylko kobiety.

„Zapotrzebowanie” zgłosiły podobno studentki Uniwersytetu İnönü, domagające się – nie bez racji – zapewnienia kobietom bezpieczeństwa w środkach komunikacji publicznej. To przecież w autobusie pobita została pielęgniarka wracająca z nocnego dyżuru. Współpasażera zdenerwował jej „bezbożny” strój – krótkie spodenki. W Bursie to samo spotkało nastolatkę w metrze (też za „nieodpowiedni strój”). Ozgecan Arslan, studentka z Mersin zginęła broniąc się przed kierowcą busa, który chciał ją zgwałcić.W miejskim autobusie zgwałcona została też Ayşe Arman z Ankary. Mogłabym wymienić jeszcze setki innych przykładów. Burmistrz Malatyii Ahmet Çakır pewnie też.

– Wsłuchaliśmy się w głos kobiet i bardzo się cieszymy, że mogą już korzystać z różowych tramwajów – mówił podczas oficjalnego przecinania wstęgi opasującej pojazdy tylko dla pań.
W jego ślady zamierzają iść włodarze Bursy (niektóre wagony metra już są oznaczone napisami „Tylko dla kobiet”) bo – jak deklarują – zależy im, by kobiety mogły podróżować komfortowo i bez obaw.

Niby pięknie, niby szlachetnie, a jednak coś tu nie gra i Turczynki dobrze o tym wiedzą. Facebooka zalała dziś fala postów, z których płynie niezgoda na wykluczanie kobiet z przestrzeni publicznej.

Bo – niestety – taki może być efekt. – W Japonii od 10 lat są linie metra specjalnie dla kobiet i nikt nie robi o to krzyku – odpowiadają tureccy politycy. Dziennikarze lewicowego portalu „Diken” podkreślają jednak, że kraj, w którym rozpowszechniona jest „zinstytucjonalizowana nierówność płci” nie powinien być dla Turcji przykładem.

Gdyby mężczyźni dopuszczający się przemocy wobec kobiet nie czuli się w Turcji coraz bardziej bezkarni (odkąd rządzi AKP z roku na rok rośnie odsetek gwałtów i zabójstw dokonywanych przez mężczyzn na kobietach – pisałam o tym w artykule https://www.tygodnikpowszechny.pl/bo-szorty-byly-za-krotkie-36165 ). Jednak politycy bez żenady bronią przestępców twierdząc, że kobiety nie powinny zachowywać się wyzywająco (czyli np. śmiać w restauracjach) i ubierać jak prostytutki (czytaj: nosić szorty zamiast zakrywać całe ciało i włosy jak konserwatywne muzułmanki, zupełnie, jakby one nie padały ofiarami przestępstw). Na razie nikt nie zmusza kobiet, by podróżowały różowymi tramwajami, mogą wsiadać do tych „normalnych”. Wypowiedzi tureckich polityków, ustawy nad jakimi pracują i w ogóle kierunek w jakim zmierza kraj sugeruje jednak, że to tylko kwestia czasu.

Tureckie Guantanamo

Kombinezony będą brązowe. W tym samym kolorze mają być spodnie i marynarki.

„Właściwie będzie to ciemny, migdałowy odcień” – dowiadujemy się z tureckich programów informacyjnych. Zaskakująca precyzja w sytuacji, gdy nie mówimy o jesiennej kolekcji jakiejś wiodącej marki odzieżowej.
Migdałowe będą bowiem nowe uniformy więzienne.

„Koniec z przychodzeniem do sądu w czym się komu podoba! – grzmiał, ku uciesze swoich zwolenników wściekły Recep Tayyip Erdogan podczas wystąpienia w Malatyii 5 sierpnia. Kilka tygodni wcześniej jeden z oskarżonych o organizację nieudanego przewrotu wojskowego w lipcu ubiegłego roku, zakpił z tureckiego wymiaru sprawiedliwości pojawiając się w sądzie w koszulce z napisem „Hero” – bohater.

„Guleniści” to zdrajcy i tak będą przedstawiani światu” – powiedział Erdogan, a rząd nie potrzebował już niczego więcej. Prace nad jednolitymi strojami dla aresztowanych już trwają.

I nikt się nie dziwi. Ani nie protestuje.

A przecież słowa prezydenta i w ogóle sam pomysł takiego „naznaczania” ludzi, którzy nie są nawet jeszcze prawomocnie skazani ( niektórym z 50 tysięcy aresztowanych po przewrocie wciąż formalnie nie postawiono zarzutów!) świadczą o tym, że wyroki już zostały wydane.

Domniemanie niewinności? Prawo do obrony? W tym samym przemówieniu Erdogan jasno wyłożył, jakie ma do nich podejście. Stwierdził, że na rozprawach guleniści konsekwentnie kłamią. „Mają jednak krew na rękach i na tej podstawie sądy będą wydawać wyroki. Ich pozorny żal i śmieszne wykręty prezentowane podczas przesłuchań na nic się zdadzą w więzieniach” – powiedział turecki prezydent dodąjc (pewnie dla uspokojenia obrońców praw człowieka), że kary dla zdrajców będą się mieścić w granicach prawa.

Rzecz w tym, że dziś to właśnie prezydent Erdogan wyznacza te granice.
W związku z trwającym od roku stanem wyjątkowym rządzi samodzielnie za pomocą dekretów. Choć nie może jeszcze samodzielnie zmienić konstytucji i przywrócić kary śmierci, może posłać za kraty kogo chce, pod dowolnym zarzutem. Może pozbawić więźniów prawa do rozmowy z adwokatem, może nie tylko przymykać oko, ale wręcz zachęcać strażników więziennych i policjantów do stosowania przemocy i tortur wobec „gulenistów”, „zdrajców”, „terrorystów” (terminy stosowane zamiennie). Może i konsekwentnie to robi.

„Dobrze, niech od razu będzie wiadomo, kto jest zdrajcą!” – piszą dziś zwolennicy ubierania oskarżonych w jednakowe stroje niepomni faktu, że jutro sami mogą je nosić. Awansować na zdrajcę jest dziś w Turcji bardzo łatwo. Wystarczy kilka jednodolarówek (podobno puczyści posługiwali się specjalnie znaczonymi banknotami), szyfrowany komunikator w telefonie, karta kredytowa Banku Asya (zamknięty przez rząd bank powiązany z oskarżanym o organizację puczu Fethullahem Gulenem) albo CV wysłane kiedyś do jednej z tysięcy szkół prowadzonych przez ruch duchownego.

I tak prócz ludzi, którzy faktycznie – nie ważne z czyjej inspiracji – próbowali obalić w Turcji konstytucyjny ład i doprowadzili do śmierci 250 osób – migdałowy kombinezon będzie nosić nauczycieka, którą policja zabrała do aresztu prosto z porodówki. I pewien mieszkanieć Aydin, który sam doniósł na siebie informując prokuratora, że jeśli oglądanie „gulenowskiej” telewizji jest zbrodnią prosi, by go osądzić, bo robi to od 20 lat. Taki strój założą politycy opozycji pozbawieni immunitetu.
Nie założą go za to politycy rzącej AKP, choć to ich partia przez lata wspierała duchownego, by następnie – w wyniku walki o wpływy – uznąć jego organizację za terrorystyczną.

„Skoro za puczem stoją guleniści czyli terroryści, to skąd wiadomo, jak kogo ubrać?” – silą się na dowcip niektórzy z moich znajomych, bo prezydent zapowiedział, że puczyści będa nosić migdałowe kombinezony, a terroryści – spodnie i marynarki.

I tylko jeden turecki intelektualista, wybitny matematyk prof. Ali Nesin napisał na swoim Faceooku, że pomysł jest haniebny.

Reszta zastanawia się raczej, czy rząd wydłuży wolne z okazji przypadającego 31 sierpnia Kurban Bayram – święta ofiarowania.

10 dni wakacji zamiast 4 to nie byle co.